Wycieczka do Majdanu cz. 1

Anna Krzosek

Na początku października 2007 roku dochodzi wreszcie do skutku planowana od dawna wyprawa do Majdanu. Jej inicjatorem jest niezmordowany Władysław Olszewski, szef śląskiego koła SPDZ. Z urodzenia drohobyczanin, od kilku lat zafascynowany Majdanem w pow. drohobyckim i jego dawnymi mieszkańcami, postanawia wyruszyć tam z grupą „majdaniaków” (zarówno tych tam jeszcze urodzonych, jak i tych już „powojennych”, do których sama się zaliczam). Jedzie nas 16 osób: czworo drohobyczan z naszym szefem na czele oraz dwanaścioro „majdaniaków”. Najstarsza w „majdańskiej” grupie Czesława miała 19 lat, kiedy w 1945 roku po raz ostatni widziała Majdan. Ryszarda, Kazimierz, Tadeusz i Bogumił mieli po kilka lat, kiedy pożegnali rodzinne strony. Młodsi, urodzeni już po wojnie na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, to też „majdaniacy”, którzy wiedzą, co to Glinne, Malmanstahl, Płaj, Seredne czy Kobylaniec, gdzie nocami wyły wilki i gdzie można było spotkać niedźwiedzie. Od małego wychowywani byli w wielkim sentymencie i szacunku do tego miejsca, które ich rodzice i dziadkowie zmuszeni byli opuścić ponad 60 lat temu, a którego obraz do końca życia nosili w swym sercu.

Zobacz galerię z wycieczki cz. 1

Celem naszej wyprawy jest przede wszystkim Majdan, choć chcemy również zobaczyć Drohobycz, Borysław, Truskawiec i Lwów. Niestety, pogoda nam nie sprzyja, pada deszcz. Jeszcze parę dni temu była piękna jesień i marzyło nam się oglądanie Majdanu w słonecznych barwach jesieni. Nie zrażamy się jednak, najważniejsze, że wreszcie jedziemy.Wyruszamy z Nowej Rudy wieczorem 2 października, w Gliwicach jesteśmy już w komplecie. Trochę jest ciasno, ale niezrażeni ruszamy busem ku granicy. Mamy nadzieję, że może uda się ją przekroczyć  w miarę szybko i bez większych problemów. Nasz sympatyczny  kierowca z Jawora co pewien czas, zgodnie z przepisami, zajeżdża na stacje paliw, gdzie możemy rozprostować nogi, napić się kawy, skorzystać z WC. Tylko ten deszcz –  ciągle pada i pada.Na granicy, niestety, bez zmian. Polska odprawa trwa dosłownie 5 minut, ale już po stronie ukraińskiej – nie ma lekko. Oczywiście, trzeba wypełnić „nieśmiertelne” karteczki, zadrukowane mikroskopijną czcionką, a ponieważ nasz kierowca nie chce „przyśpieszyć” odprawy, więc trzykrotnie musi przepisywać wymagane papiery.

Wreszcie możemy przejechać na „drugą” stronę. Jedziemy główną drogą prowadzącą do Lwowa, mijamy coraz więcej nowych stacji benzynowych, których jeszcze parę lat temu tu nie było. Dojeżdżamy do Mościsk i skręcamy na południe w kierunku Sambora. Co kawałek widać nowe cerkwie, a także coraz więcej nowych domów, znak, że i tu poziom życia powoli się poprawia. W centrum Sambora przy bazarze trochę  pobłądziliśmy.  Jeśli chodzi o oznakowania dróg, to nic się tu nie zmieniło i chyba długo jeszcze nie zmieni. Miejscowi wiedzą, którędy jechać, a przyjezdni muszą sobie sami radzić. Przed południem docieramy do Drohobycza, zostawiamy tam naszych współtowarzyszy podróży i przez Borysław dojeżdżamy do Schodnicy. Jest troszkę zamieszania, zanim trafimy do naszych kwater, ale na miejscu miłe zaskoczenie. Warunki zakwaterowania bardzo dobre, a posiłki, jak się później przekonamy – również. Tego dnia rezygnujemy z wyprawy do Majdanu, bo jest już południe i nadal pada deszcz. Aby nie tracić czasu, postanawiamy pojechać do Drohobycza.

Najpierw udajemy się do kościoła farnego p.w. św. Bartłomieja i spotykamy się z jego proboszczem. Zwiedzamy rynek i rozpoczynamy spacer po ulicach Drohobycza. Mimo padającego deszczu bardzo ładnie prezentują się odnowione  secesyjne kamienice. Przechodzimy obok domu, w którym mieszkał Brunon Schulz, zaglądamy do gmachu dawnego gimnazjum im. Jagiełły, obecnie siedziby Instytutu Pedagogicznego. W swej wędrówce mijamy monumentalną synagogę z XIX wieku, dziś niestety w ruinie, oraz gmach sądu przy ul. Stryjskiej. Po drodze wymieniamy pieniądze. Okazuje się, że wcale nie musimy mieć dolarów czy euro, spokojnie można wymieniać złotówki. Niestety, zaczyna zapadać zmrok, więc postanawiamy wracać do Schodnicy, tym bardziej, że po wielogodzinnej podróży jesteśmy już bardzo zmęczeni… ciąg dalszy w części 2-giej.
ARCHIWUM

Komentowanie jest wyłączone.