Wycieczka do Majdanu cz. 2

Anna Krzosek

…Nazajutrz wcześnie rano po obfitym śniadaniu (bo karmiono nas tu wyśmienicie) wyruszamy do Majdanu. Jest on dla nas w tym momencie najważniejszy. Niektórzy nigdy tam jeszcze nie byli. Jest nadal dość pochmurno, ale na szczęście przestało padać. Niestety, udaje się nam ujechać tylko kawałek, bo dojazd do głównej drogi jest zatarasowany przez ogromny dźwig, którego operator jest odporny na wszelkie prośby i groźby. Robi się korek, w którym nie tylko my stoimy, a w dusze wkrada się niepokój, że „nici” z naszego wyjazdu do Majdanu. Na szczęście kierowca ukraińskiego busa obiecuje poprowadzić nas za sobą polnymi drogami, na co z bólem serca zgadza się nasz kierowca. Pozostałe samochody też ruszają za nami. Jest trochę jak na rajdzie samochodów terenowych, ale w końcu wyjeżdżamy ze Schodnicy, a przed nami droga do Majdanu.

Zobacz galerię zdjęć z wycieczki cz. 2

Jedziemy przez Nowy Kropiwnik, most na Stryju, Rybnik i wreszcie ukazuje się nam tablica  MAJDAN. Tylko dlaczego taka zardzewiała? Jeszcze 2 lata temu tak nie wyglądała. Robimy pamiątkowe zdjęcia i podziwiamy widoczne w dali strome szczyty Karpat. Od tego miejsca idziemy pieszo, a kierowca co kawałek podjeżdża busem. Zatrzymujemy się przy niektórych domach i rozmawiamy ze starszymi kobietami, które, jak się okazuje, pamiętają nasze rodziny. Kazimierz, Grażyna i Andrzej idą do dawnego domu swoich dziadków, gdzie teraz mieszka miejscowy diak z żoną i piątką dzieci. Jego matka staje się naszą przewodniczką po Majdanie. W miejscu, gdzie droga skręca na Turkę, wsiadamy do busa i podjeżdżamy do starego cmentarza na tzw. Ostrosochach. Jest to miejsce szczególne, na którym oprócz mogił dawnych mieszkańców Majdanu znajduje się zbiorowy grób ofiar zamordowanych przez banderowców w pobliskiej Zubrzycy 28 września 1943 roku. Wśród nich była moja ciocia Janka (siostra Mamy) i wujek Jasio (mieli po dwadzieścia parę lat, byli 7 miesięcy po ślubie, a w grudniu miało im się urodzić dziecko). Przyjeżdżam na ten grób od prawie 20 lat. I teraz zapalam znicze, przywiezione aż z Nowej Rudy, stawiam je również w miejscach, gdzie spoczywają moi pradziadkowie, choć po nagrobkach nie ma już śladu. W zadumie i ze wzruszeniem chodzimy po cmentarzu, szukając grobów bliskich i z trudem odcyfrowując na wpółzatarte napisy. Wracamy z cmentarza na główną drogę prowadzącą przez wieś. Zasłuchani w opowieści Czesławy, która doskonale pamięta, gdzie kto mieszkał, idziemy przez Majdan, przypominając sobie jednocześnie to wszystko, co pamiętamy ze wspomnień naszych rodziców i dziadków. Bogumił nie kryje wzruszenia na widok rodzinnego domu. Odwiedził go po wojnie tylko raz, w 1991 roku, i był przekonany, że dom już nie istnieje. Tymczasem odnowiony, wygląda całkiem okazale. Przygnębiające wrażenie robi natomiast  zrujnowany dom Stanisława Lachowicza, ostatniego po wojnie Polaka w Majdanie, zmarłego w 2003 roku, którego zdążył jeszcze przed śmiercią odwiedzić Władysław z bonifratrami z Drohobycza. Odwiedzamy również najstarszy majdański cmentarz (na górce koło kapliczki), na którym zachował się nagrobek z figurą Matki Boskiej z Lourdes i napisem: „Józef i Petrunela Ważni”. Na chwilę zatrzymujemy się przy fundamentach dawnego drewnianego kościoła p.w. św. Michała, na których teraz stoi drewniany krzyż, postawiony przez miejscowego diaka. Kościoła już nie ma, został rozebrany po wojnie przez tych, którym przeszkadzał, i tylko drzewa  w alei szumią tak samo, jak wtedy, gdy na modlitwę zmierzali do niego nasi przodkowie. Idziemy dalej błotnistą drogą przez wyludnioną, wydawałoby się, wieś, choć gdzieniegdzie zza płotu zerkają na nas  „miejscowi” i bardzo chętnie podejmują rozmowę, zapraszają na podwórko, a czasami nawet do domu. Dochodzimy do „nowego” kościoła, którego budowę z inicjatywy inż. Wilimowskiego rozpoczęto w 1938 roku. Tylko że teraz to nie kościół, a ośrodek wczasowy dla konserwatorów dzieł sztuki. Jest zamknięty, bo przecież jest  już po sezonie, więc nie możemy wejść do środka.  Byłam w nim kilka razy i zawsze oczami wyobraźni widziałam 14 trumien stojących rzędem obok siebie. To w tym kościele złożono ciała pomordowanych w Zubrzycy i stąd wyruszył kondukt pogrzebowy na Ostrosochy. Cóż, Polaków w Majdanie już nie ma, kościół popadł po wojnie w ruinę. Może to i dobrze, że został odremontowany, choć zmieniło się jego przeznaczenie i wygląd, bo przecież nie miałby się w nim kto modlić. Tylko że, jak mówiła  kiedyś mnie i mojej Mamie znajoma Ukrainka, ciąży nad nim jakieś fatum (zdarzyło się tam kilka wypadków śmiertelnych).  Niedaleko kościoła, pod tzw. Zbyrkiem, stoi drewniana cerkiew grekokatolicka otoczona cmentarzem. Tam chowani są obecni mieszkańcy Majdanu. Wreszcie dochodzimy do miejsca, które nazywano Polaną i gdzie stał dom moich dziadków. Domu już nie ma, rozebrano go prawie natychmiast po wyjeździe Polaków z Majdanu, choć był nowy, dziadek wybudował go w 1933 roku. Na jego fundamentach stoi nowy dom, ukraiński. W oddali widać już ośrodek wczasowy na Glinnem i w to miejsce najbardziej „ciągnie” Czesławę i jej trzy bratanice. Tam znajdował się jej rodzinny dom. Danusia, Ela i Iza chciałyby jeszcze koniecznie zobaczyć Malmanstahl, bo tam mieszkała ich mama z rodzicami i rodzeństwem, ale na Kolonię jest spory kawałek drogi i po prostu nie zdążylibyśmy wrócić przed zmrokiem. Przechodzimy więc przez chyboczącą się kładkę na rzece, Rybniku Majdańskim, i idziemy na Glinne. Jeszcze rzut oka na skarpę, gdzie dziadek ukrył się przed banderowcami, i pniemy się stromo pod górę. W bramie ośrodka młody ochroniarz, który początkowo nie bardzo chce nas wpuścić, ale jest przecież z nami Ukrainka, która go zna bardzo dobrze i po chwili  możemy wejść. Ośrodek robi wrażenie: niewielki zalew na wzniesieniu otoczony jest wymyślnymi  domkami, a dookoła rozciąga się przepiękny widok na Majdan i okoliczne góry w jesiennych barwach. Jest tu pięknie, tym bardziej, że nareszcie zza chmur wyjrzało słońce. Nic dziwnego, że przed wojną ściągali do Majdanu na letnisko mieszkańcy nawet odległego Lwowa, nie mówiąc już o Drohobyczu czy Borysławiu. Czesława i Ela postanawiają  obejść całe Glinne, a my dziękujemy ochroniarzowi, że nas wpuścił, i powoli schodzimy drogą, kierując się w stronę kościoła. Na placyku czeka już na nas bus, ale jeszcze podziwiamy widoki i idziemy w dół ścieżką, aby rzucić okiem na budynek nadleśnictwa, gdzie mieszkał inż. Wilimowski oraz zobaczyć piec hutniczy z XVIII wieku, a także dawną stację kolejki i pałac należący przed wojną do firmy „Godula”, w którym mieszkał dyrektor Ronnie. Chciałoby się jeszcze po tym Majdanie chodzić i chodzić bez końca, ale robi się późno i musimy wracać. Wszyscy czujemy niedosyt. Wiemy, że nie zdążymy już zwiedzić Borysławia i Schodnicy. I od razu rodzą się plany następnego wyjazdu, za rok, bo przecież jeszcze tyle miejsc chcielibyśmy zobaczyć. Pełni wrażeń, rozemocjonowani, wracamy na nocleg. Czesława i jej bratanice głęboko przeżywają spotkanie z ponad 90-letnim Janem Kwasinkiewiczem, który był przyjacielem Stanisława, ojca Danusi, Eli i Izy.Nazajutrz żegnamy Schodnicę i jedziemy do Lwowa, po drodze zabieramy naszych podróżnych z Drohobycza i dosłownie na moment wstępujemy na tamtejszy cmentarz. Do Lwowa jedziemy szeroką, nową drogą. Jej budowa ciągle jeszcze trwa. Widać, że tu na poważnie myślą o Euro 2012. We Lwowie ruch niesamowity. W pośpiechu  zwiedzamy katedry: łacińską i ormiańską, kaplicę Boimów, rynek, Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich.  Zanim zapadnie zmrok, wyjeżdżamy w kierunku granicy.

Koniec

Zobacz galerię zdjęć z wycieczki cz. 2

ARCHIWUM

Komentowanie jest wyłączone.